24 grudnia w 1893 roku w prawosławnej rodzinie Jana i Józefy Maleszów urodził się Stiepan - Stefan.
Zaraz po świętach według juliańskiego kalendarza, na Kreszczenije Gospodnie, ochrzczono Stiepana, został on też przez batiuszkę obniesiony uroczyście wokół prestoła u stóp cudownej Kańskiej Ikony Matki Bożej, która od czterystu lat była czczona jako łaskami od Boga słynąca.
W wieku czternastu lat Stefan posłany został do szkoły duchownej w Chełmie, ukończywszy z dobrymi i otlicznymi wynikami cerkiewno - parafialną szkołę w Kaniem. W 1915 roku jako absolwent Chełmskiego Seminarium Duchownego z rodzicami udał się na bieżeństwo do Rosji.
Już w Rosji został powołany do służby wojskowej w kompanii transportowej w armii carskiej. Po przewrocie bolszewickim powrócił wraz z rodziną do Polski.
W lipcu 1919 roku rozpoczął jako ochotnik służbę wojskową w Wojsku Polskim, najpierw w transportowej stacji zbornej w Skierniewicach, a następnie w 50. pułku Strzelców Kresowych i - kolejno - w 44 pułku strzeleckim. Na ogólnych zasadach, po podpisaniu przez rząd RP rozejmu, został zdemobilizowany.
Młody oficer rezerwy po powrocie nie zastał cudotwórczej ikony w rodzinnej wiosce. Wielu sąsiadów "ruskiej mowy" także nie wróciło do Kaniego. Ustanowiony w styczniu 1919 roku administracyjny zarząd nad cerkiewnym majątkiem i samą cerkwią spowodował, iż została ona przekazana katolikom. Było to pierwsze rozczarowanie młodego Maleszy.
Drugie - to brak w okolicy pracy w zawodzie nauczycielskim. Wyruszył więc w znane sobie z przeżyć frontowych pińskie strony. Miał przy sobie młodziutką żonę. Przez dwa lata uczył w szkołach powszechnych w powiecie kobryńskim.
W 1923 roku poprosił biskupa pińskiego i poleskiego Aleksandra (Inoziemcowa) o święcenia. Poczynając od Kobrynia, przez jedenaście lat pełnił obowiązki duchownego w diecezji poleskiej, w różnych miejscowościach Pińszczyzny.
Pośród poleskich błót przyszło na świat dwoje dzieci ojca Stefana i Anny (?) Maleszów: Olga i Jerzy (Gieorgij) . Po urodzeniu drugiego dziecka matuszka zmarła. W tym samym mniej więcej czasie zmarło też jedno z rodziców o. Stefana. Podjął on trudną decyzję powrotu w rodzinne strony.
Otrzymał na początku etat diakona i psalmisty w parafii Ślipcze w powiecie hrubieszowskim, następnie przeniósł się wraz z dziećmi do Chełma i pełnił obowiązki psalmisty w Leszczanach i w parafii św. Jana Teologa w Chełmie. Władze cerkiewne, a szczególnie biskup lubelski Sawa (Sowietow) , wzięły pod uwagę niewątpliwy talent, zwłaszcza dobry głos, dobre przedwojenne wykształcenie i sytuację rodzinną o. Maleszy. Z uwagi na konieczność utrzymania i samotnego wychowania dwojga dzieci, zezwolono mu na pełnienie równolegle dwóch funkcji i zajmowanie dwóch etatów.
Od roku 1938, gdy zburzono cerkiew w Leszczanach w ramach akcji likwidacji prawosławia na Lubelszczyźnie, o. Stefan czynił starania o powierzenie mu obowiązków administratora cerkwi w Dratowie, w ówczesnym powiecie lubartowksim. Zgoda Warszawsko - Chełmskiego Konsystorza Prawosławnego oraz metropolity Dionizego nie wystarczała. Władze państwowe były nieugięte: rusińskie (ukraińskie) pochodzenie o. Maleszy stało na przeszkodzie powierzeniu mu tego stanowiska. Wytykano mu nawet brak umiejętności posługiwania się językiem polskim. O. Malesza nigdy nie krył swego pochodzenia, a w domu rozmawiał z dziećmi po ukraińsku, gdyż był to język jego rodziców i dziadów. Natomiast fakt służby w Wojsku Polskim, nauczania w szkole w języku polskim oraz pozostałe po nim dokumenty - pisma urzędowe - sporządzone w poprawnym języku polskim przeczą uprzedzeniom władz. Zresztą z czasem, na progu 1939 roku, po dokonaniu urzędowej "obserwacji", cofnęły one zastrzeżenia i zgodziły się na przeniesienie o. Stefana do Dratowa.
W aktach starostwa powiatowego w Lubartowie czytamy m.in.: Cerkiew we wsi Dratów gminy Ludwin pw. Świętego Mikołaja, pobudowana została przez rząd rosyjski w latach 1889 - 1890 dla ludności wyznania prawosławnego w miejsce zburzonej świątyni grecko - unickiej. Jest ona murowana z cegły, a pomieszcza około 700 osób.
W roku 1872 parafia grekokatolicka św. Mikołaja w Dratowie liczyła okoła tysiąca wiernych. Drewniana, sypiąca się już cerkiewka zdolna była pomieścić nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób. Podobnie wybudowana na jej miejscu (z przesunięciem o kilka metrów ku zachodowi) murowana świątynia. Trudno doszukać się sensu w określeniu "zburzenie świątyni", choć sytuacje takie miały miejsce po kasacie unii, tj. po roku 1875.
Dratowski paroch przyjął prawosławie, a wraz z nim większość parafian i razem przystąpili do budowania nowej, finansowanej przez rząd rosyjski, cerkwi. Lud tutejszy miał zwyczaj słuchać duchownych, działających w dobrej wierze, zaś z podziałów na Polak - katolik i Ruski - prawosławny niewielu sobie zdawało sprawę. Wszyscy byli tu swoi, tutejsi. Nawet język był tutejszy.
Przed pierwszą wojną światową cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy była świątynią parafialną dla ludności z Dratowa, Ludwina, Kaniwoli i okolicznych przysiółków, czyli w sumie dla 1400 wyznawców prawosławia na pograniczu Podlasia i Lubelszczyzny właściwej. W całym powiecie lubartowskim liczba prawosławnych przed 1915 rokiem wynosiła 1817 osób. Natomiast po bieżeństwie w latach 1915 - 1919 i całkowitej atrofii niektórych parafii w tym rejonie (pogranicze powiatów lubartowskiego i lubelskiego), w gminach Ludwin i Łęczna prawosławnych było 1420. W 1924 roku liczbę parafian dratowskich starostwo lubartowskie szacowało na 1817 osób. W tym czasie reaktywowano parafię, gdyż od 1920 do 1923 roku (do 18 maja) bez nominacji, choć niezwykle pracowicie i owocnie, zważywszy na trudne dojazdy z monasteru św. Onufrego w Jabłecznej, funkcje duszpasterskie pełnił o. hieromnich Mitrofan (Stelmaszuk) . Z tego powodu o. Mitrofan był notowany przez władze bezpieczeństwa i policję w 1921 r. jako podejrzany o działalność wrogą wobec Rzeczypospolitej. Dodajmy, że był to okres, w którym władze administracyjne nosiły się z zamiarem likwidacji monasteru w Jabłecznej.
W latach 1915 - 1916 wieś Dratów znalazła się na linii frontu niemiecko - austriacko - rosyjskiego. Pamiątką po tamtym czasie są liczne cmentarze wojenne w tych okolicach. Tuż przy cerkwi św. Mikołaja, od strony wschodniej, pochowani zostali żołnierze rosyjscy polegli w 1915 roku. Ponownie wojna zawitała do Dratowa w 1920 r. Od strony pólnocnej przebiegał jeden z głównych manewrów taktycznych uderzenia znad Wieprza, natomiast oddziałem stacjonującym tutaj i wyzwalającym Dratów oraz Puchaczów była grupa gen. Stanisława Bułak - Bałachowicza, której skład w około 80 procentach stanowili białoruscy chłopi.
Gdy ucichły salwy, a część mieszkańców powróciła z Rosji, rozpoczęło się życie w nowej rzeczywistości. Cerkiew prawosławną traktowano przeważnie jako relikt zaborów. Dlatego m.in. dratowska cerkiew nie powróciła do dawnej rangi świątyni parafialnej. Od 16 maja 1923 do 4 stycznia 1926 r. dratowską filią parafii w Syczynie na Chełmszczyźnie administrował ks. Mikołaj Wołkosławski, późniejszy proboszcz w Dołhobyczowie za Hrubieszowem.
5 grudnia 1925 r. przybył do Dratowa, po uzyskaniu zgody władz kościelnych i państwowych, ks. Grzegorz Bojeczko. Przedtem pełnił obowiązki kapłańskie w Brodach i w Chełmie. Przepracował w Dratowie 14 lat, wychował trzy dorodne córki i wielu wyznawców prawosławia oraz obywateli Rzeczypospolitej, których katechizował w szkołach w Dratowie, Nadrybiu i Puchaczowie oraz nauczał w parafialnej (urzędowo filialnej) cerkwi w Dratowie.
W listopadzie 1928 roku, po odsłonięciu pomnika ku czci Józefa Piłsudskiego i innych obrońców i wyzwolicieli RP, usytuowanego naprzeciwko plebanii w Dratowie, do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w Warszawie powędrowała następująca notatka od władz wojewódzkich: Duchowny Bojeczko Grzegorz - parafia w Dratowie. Nabożeństwo odprawił. Orędzie Metropolity Dionizego na Święto Niepodległości odczytał. Nadto uczestniczył w uroczystościach, prowadząc pochód ludności prawosławnej wspólnie z katolikami. W ruchu politycznym udziału nie bierze. W stosunku do państwa lojalny. Przez parafian lubiany.
Tragiczny dla Polski wrzesień 1939 roku pokrył się w czasie ze zmianą administratora parafii. O. Grzegorz wraz z żoną i córkami wyjechał do Lwowa. Obowiązki proboszcza przejął dotychczasowy wikariusz i psalmista o. Stefan Malesza.
Czy wiedział, że otrzymując wymarzone niegdyś probostwo odejdzie z tego stanowiska prosto do Ojca, który jest w Niebie?
Doświadczenia na nowej parafii o. Malesza nabierał jako psalmista u boku o. Grzegorza Bojeczki. Po wyjeździe batiuszki przeniósł się wraz z dziećmi do tzw. popówki - plebanii. Wcześniej zajmował tzw. diakówkę (dom diakona). Starościńskie dane z 1924 roku mówiły m.in.: Do cerkwi należą dwa domy mieszkalne, stodoła, obora, chlewy, pobudowane z drewna. Jak sama cerkiew, tak też i zabudowania wymagają remontu.
Dużą część remontów wykonano w okresie posługiwania o. Grzegorza. Od 1940 roku diakówkę przejęła "Ridna Chata", wykonując remont. O. Malesza zdołał uporządkować cmentarz przycerkiewny, aleję dojazdową i odnowić elewacje cerkwi św. Mikołaja.
Figurujący niegdyś jako "nacjonalista ukraiński" o. Bojeczko został pod koniec lat 30. "rozpoznany" przez władze państwowe jako zajmujący się sprawami religijnymi i w stosunku do polskości i państwa polskiego wykazujący lojalność. Podobne niezaangażowanie przejął po nim o. Malesza.
Trzymał z ludźmi. Nie dzielił na "naszych", czyli prawosławnych, i "nie-naszych", tj. łacinników. Angażujących się po stronie Niemców działaczy ukraińskich przestrzegał przed takimi jak sołtys Łuczeńczyk czy wójt Sadowy, którzy podpisali volkslistę. Przestrogi duchownego ludzie docenili dopiero wówczas, gdy on sam już nie żył, zaś Łuczeńczyk [zbieżność z nazwiskiem tutejszego poety jest zupełnie przypadkowa - przyp. GJP] uciekł wraz z hitlerowskimi wojskami w 1944 roku na zachód.
Społeczność Dratowa i najbliższych miejscowości z racji różnic narodowościowych doskonale nadawała się na poletko konfliktów nacjonalistycznych. Fakt, że tylko kilka osób tragiczno pawszich znajdujemy w latach 1941 - 1942 na cmentarzu w Dratowie, miejscowa ludność zawdzięcza zrównoważonej i dalekwzrocznej postawie o. Stefana.
A zacietrzewionych nie brakowało. Niedługo po śmierci o. Stefana niejaki B. deptał ikony z cerkwi dratowskiej i mówił: - Prawosławne ruskie wyginą do ostatniego i będzie spokój. Dzisiaj, widząc autora tych "bohaterskich" akcentów, niewielu chce pomyśleć, dlaczego nie ma on obydwu nóg...
W pierwszych dniach sierpnia 1942 roku w okolice Dratowa dotarli uciekinierzy z obozu pracy w Chełmie. Głównie Polacy i Rosjanie. Któryś z nich znał o. Maleszę z ich wspólnych rodzinnych stron, z Chełmszczyzny. Poza tym obszerna, położona prawie na skraju wioski plebania doskonale nadawała się na miejsce schronienia. Na czas żniw wolne miała także gosposia księdza, pani O., która przychodziła z południowego krańca wsi, aby pomóc 19-letniej wówczas Oli w prowadzeniu domu, opiekowała się Jurkiem, sprzątała wokół plebanii.
Obojętna w sprawach religijnych pani O. nie była obojętna wobec urody przystojnego pięćdziesięcioletniego wdowca, jakim był wówczas o. Stefan. Niewczesne amory umiejscowiła w jego osobie, choć zdawała sobie sprawę, że ponowne ożenienie się oznacza dla prawosławnego duchownego pożegnanie się z kapłaństwem. O. Malesza, mając na uwadze dobrą opinię i wychowanie dorastającej córki i syna, używał różnych wymówek, aby uniknąć dwuznacznych sytuacji. Kiedy wymawiał się, że nie zostaje w domu, gdy gosposia - tiotka przychodzi "do obowiązku", używał i takiego argumentu: - Idu samogonku poprobowaty i umykał do sąsiadów. Zacietrzewiona zalotnica nazwała go więc pijanicą. Tymczasem nikt nigdy o. Maleszy pijanego nie widział. Podobno sama pani O. przyznała kiedyś w rozmowie, że od śmierci małżonki batiuszka Stefan nigdy nie pił wódki ani wina.
Niestety, zły duch podszepnął kobiecie, że może osiągnąć względy mężczyzny poprzez szantaż. Okazją było ukrywanie wspomnianych uciekinierów.
W piątkowy ranek, przy przedświątecznym sprzątaniu, doszło do ostrej wymiany słow. To po niej 19-letnia Ola zwierzyła się koleżance Eugenii Raban: - Niespokojna taka jestem. Miejsca sobie znaleźć nie mogę. Wzwołnowanna taka...
Tragedia rozegrała się w sobotni poranek. O. Stefan Malesza zdążył jeszcze przypalować krowę na dróżce. Wtedy plebanię otoczyły samochody Gestapo i SS. Donos miał przecież wyraźny podtekst polityczny. Niemcy byli już wtedy mocno sfrustrowani nie tylko ogólną sytuacją na froncie wschodnim, ale także akcjami partyzanckimi na ich tutejsze posterunki, m.in. na łęczyński Arbeitsamt (Urząd Pracy) czy mleczarnię w Ludwinie. Nie było nawet przesłuchania "obwinionego". Niemcy wiedzieli nawet i o tym, że herr Maleza był kiedyś oficerem polskim.
Na odgłos wystrzału, który uśmiercił ojca, wybiegła z domu Ola. Położyła ją seria z gestapowskiego automatu. Gdy na polecenie SS-manów i wójta Sadowego zwołano ludzi ze wsi, aby patrzyli, jak ukarano wrogów III Rzeszy, o. Stefan leżał martwy pod świerkiem, zaś Ola w kałuży krwi na progu domu. Jurka w tym czasie w Dratowie nie było.
Tego samego dnia, po południu, na rozstaju dróg zostało pochowanych (zakopanych) kilkunastu Żydów z kolonii Dratów, których ten sam pluton egzekucyjny rozstrzelał. Miało to miejsce u zbiegu dróg: od cerkwi, od plebanii i od cmentarza w Dratowie.
O. Maleszę i jego córkę owinięto w białe prześcieradła i rzuciwszy kilka kwiatów do mogiły, zakopano na miejscowym cmentarzu. Na rozkaz Niemców wójt zakazł kupowania trumny i urządzania pogrzebu. Dopiero w latach 70. syn batiuszki, Jerzy, postawił własnoręcznie pomnik ojcu i siostrze.
Narzeczonym Oli Maleszy był Serafim Saczewa. Przed wojną ukończył lubelską "budowlankę". Plany studiów na warszawskiej politechnice pokrzyżowała wojna. Został przeszkolony w 1942 r. przez Niemców do prowadzenia biura i pracy urzędowej. Ola i Serafim planowali ślub we wrześniu 1942 roku. Serafim (Simaj, jak go tutaj nazywała młodzież) miał wówczas 22 lata. Gdy dowiedział się o tragedii dziewczyny i niedoszłego teścia, zaprzysiągł Niemcom zemstę. Wstąpił do Gwardii Ludowej. Zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach w 1945 roku. Po wojnie szkoła podstawowa w Dratowie nosiła jego imię. Z czasem wytknięto mu niezbyt "kryształowy" życiorys i współpracę z hitlerowskimi Niemcami i szkoła pozostała bez imienia.
fot. archiwum autora
Święci z Dratowa
Ziemia Chełmska spłynęła krwią. Krwią niewinnych, udręczonych i zamordowanych, bo niektórzy wyobrazili sobie, że kraj będzie się miał lepiej, jeżeli prawosławie, obecne tu od tysiąclecia, zniknie bez śladu. Dziesięciolecia rugowania wiary, burzenia świątyń, kulminację znalazły w latach 40. w zbrodni. Potem nastąpiły jeszcze wywózki - na wschód i zachód. A jednak, także dzięki heroizmowi ofiar, na Chełmszczyźnie wciąż słychać cerkiewną modlitwę. 8 czerwca ma nastąpić kanonizacja Męczenników Ziemi Chełmskiej, duchownych i wiernych, którzy w latach drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu oddali swe życie za prawosławie. O niektórych pisaliśmy przed miesiącem. Systematycznie będziemy się starali przybliżyć sylwetki wszystkich.
24 grudnia w 1893 roku w prawosławnej rodzinie Jana i Józefy Maleszów urodził się Stiepan - Stefan.
Zaraz po świętach według juliańskiego kalendarza, na Kreszczenije Gospodnie, ochrzczono Stiepana, został on też przez batiuszkę obniesiony uroczyście wokół prestoła u stóp cudownej Kańskiej Ikony Matki Bożej, która od czterystu lat była czczona jako łaskami od Boga słynąca.
W wieku czternastu lat Stefan posłany został do szkoły duchownej w Chełmie, ukończywszy z dobrymi i otlicznymi wynikami cerkiewno - parafialną szkołę w Kaniem. W 1915 roku jako absolwent Chełmskiego Seminarium Duchownego z rodzicami udał się na bieżeństwo do Rosji.
Już w Rosji został powołany do służby wojskowej w kompanii transportowej w armii carskiej. Po przewrocie bolszewickim powrócił wraz z rodziną do Polski.
W lipcu 1919 roku rozpoczął jako ochotnik służbę wojskową w Wojsku Polskim, najpierw w transportowej stacji zbornej w Skierniewicach, a następnie w 50. pułku Strzelców Kresowych i - kolejno - w 44 pułku strzeleckim. Na ogólnych zasadach, po podpisaniu przez rząd RP rozejmu, został zdemobilizowany.
Młody oficer rezerwy po powrocie nie zastał cudotwórczej ikony w rodzinnej wiosce. Wielu sąsiadów "ruskiej mowy" także nie wróciło do Kaniego. Ustanowiony w styczniu 1919 roku administracyjny zarząd nad cerkiewnym majątkiem i samą cerkwią spowodował, iż została ona przekazana katolikom. Było to pierwsze rozczarowanie młodego Maleszy.
Drugie - to brak w okolicy pracy w zawodzie nauczycielskim. Wyruszył więc w znane sobie z przeżyć frontowych pińskie strony. Miał przy sobie młodziutką żonę. Przez dwa lata uczył w szkołach powszechnych w powiecie kobryńskim.
W 1923 roku poprosił biskupa pińskiego i poleskiego Aleksandra (Inoziemcowa) o święcenia. Poczynając od Kobrynia, przez jedenaście lat pełnił obowiązki duchownego w diecezji poleskiej, w różnych miejscowościach Pińszczyzny.
Pośród poleskich błót przyszło na świat dwoje dzieci ojca Stefana i Anny (?) Maleszów: Olga i Jerzy (Gieorgij) . Po urodzeniu drugiego dziecka matuszka zmarła. W tym samym mniej więcej czasie zmarło też jedno z rodziców o. Stefana. Podjął on trudną decyzję powrotu w rodzinne strony.
Otrzymał na początku etat diakona i psalmisty w parafii Ślipcze w powiecie hrubieszowskim, następnie przeniósł się wraz z dziećmi do Chełma i pełnił obowiązki psalmisty w Leszczanach i w parafii św. Jana Teologa w Chełmie. Władze cerkiewne, a szczególnie biskup lubelski Sawa (Sowietow) , wzięły pod uwagę niewątpliwy talent, zwłaszcza dobry głos, dobre przedwojenne wykształcenie i sytuację rodzinną o. Maleszy. Z uwagi na konieczność utrzymania i samotnego wychowania dwojga dzieci, zezwolono mu na pełnienie równolegle dwóch funkcji i zajmowanie dwóch etatów.
Od roku 1938, gdy zburzono cerkiew w Leszczanach w ramach akcji likwidacji prawosławia na Lubelszczyźnie, o. Stefan czynił starania o powierzenie mu obowiązków administratora cerkwi w Dratowie, w ówczesnym powiecie lubartowksim. Zgoda Warszawsko - Chełmskiego Konsystorza Prawosławnego oraz metropolity Dionizego nie wystarczała. Władze państwowe były nieugięte: rusińskie (ukraińskie) pochodzenie o. Maleszy stało na przeszkodzie powierzeniu mu tego stanowiska. Wytykano mu nawet brak umiejętności posługiwania się językiem polskim. O. Malesza nigdy nie krył swego pochodzenia, a w domu rozmawiał z dziećmi po ukraińsku, gdyż był to język jego rodziców i dziadów. Natomiast fakt służby w Wojsku Polskim, nauczania w szkole w języku polskim oraz pozostałe po nim dokumenty - pisma urzędowe - sporządzone w poprawnym języku polskim przeczą uprzedzeniom władz. Zresztą z czasem, na progu 1939 roku, po dokonaniu urzędowej "obserwacji", cofnęły one zastrzeżenia i zgodziły się na przeniesienie o. Stefana do Dratowa.
W aktach starostwa powiatowego w Lubartowie czytamy m.in.: Cerkiew we wsi Dratów gminy Ludwin pw. Świętego Mikołaja, pobudowana została przez rząd rosyjski w latach 1889 - 1890 dla ludności wyznania prawosławnego w miejsce zburzonej świątyni grecko - unickiej. Jest ona murowana z cegły, a pomieszcza około 700 osób.
W roku 1872 parafia grekokatolicka św. Mikołaja w Dratowie liczyła okoła tysiąca wiernych. Drewniana, sypiąca się już cerkiewka zdolna była pomieścić nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób. Podobnie wybudowana na jej miejscu (z przesunięciem o kilka metrów ku zachodowi) murowana świątynia. Trudno doszukać się sensu w określeniu "zburzenie świątyni", choć sytuacje takie miały miejsce po kasacie unii, tj. po roku 1875.
Dratowski paroch przyjął prawosławie, a wraz z nim większość parafian i razem przystąpili do budowania nowej, finansowanej przez rząd rosyjski, cerkwi. Lud tutejszy miał zwyczaj słuchać duchownych, działających w dobrej wierze, zaś z podziałów na Polak - katolik i Ruski - prawosławny niewielu sobie zdawało sprawę. Wszyscy byli tu swoi, tutejsi. Nawet język był tutejszy.
Przed pierwszą wojną światową cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy była świątynią parafialną dla ludności z Dratowa, Ludwina, Kaniwoli i okolicznych przysiółków, czyli w sumie dla 1400 wyznawców prawosławia na pograniczu Podlasia i Lubelszczyzny właściwej. W całym powiecie lubartowskim liczba prawosławnych przed 1915 rokiem wynosiła 1817 osób. Natomiast po bieżeństwie w latach 1915 - 1919 i całkowitej atrofii niektórych parafii w tym rejonie (pogranicze powiatów lubartowskiego i lubelskiego), w gminach Ludwin i Łęczna prawosławnych było 1420. W 1924 roku liczbę parafian dratowskich starostwo lubartowskie szacowało na 1817 osób. W tym czasie reaktywowano parafię, gdyż od 1920 do 1923 roku (do 18 maja) bez nominacji, choć niezwykle pracowicie i owocnie, zważywszy na trudne dojazdy z monasteru św. Onufrego w Jabłecznej, funkcje duszpasterskie pełnił o. hieromnich Mitrofan (Stelmaszuk) . Z tego powodu o. Mitrofan był notowany przez władze bezpieczeństwa i policję w 1921 r. jako podejrzany o działalność wrogą wobec Rzeczypospolitej. Dodajmy, że był to okres, w którym władze administracyjne nosiły się z zamiarem likwidacji monasteru w Jabłecznej.
W latach 1915 - 1916 wieś Dratów znalazła się na linii frontu niemiecko - austriacko - rosyjskiego. Pamiątką po tamtym czasie są liczne cmentarze wojenne w tych okolicach. Tuż przy cerkwi św. Mikołaja, od strony wschodniej, pochowani zostali żołnierze rosyjscy polegli w 1915 roku. Ponownie wojna zawitała do Dratowa w 1920 r. Od strony pólnocnej przebiegał jeden z głównych manewrów taktycznych uderzenia znad Wieprza, natomiast oddziałem stacjonującym tutaj i wyzwalającym Dratów oraz Puchaczów była grupa gen. Stanisława Bułak - Bałachowicza, której skład w około 80 procentach stanowili białoruscy chłopi.
Gdy ucichły salwy, a część mieszkańców powróciła z Rosji, rozpoczęło się życie w nowej rzeczywistości. Cerkiew prawosławną traktowano przeważnie jako relikt zaborów. Dlatego m.in. dratowska cerkiew nie powróciła do dawnej rangi świątyni parafialnej. Od 16 maja 1923 do 4 stycznia 1926 r. dratowską filią parafii w Syczynie na Chełmszczyźnie administrował ks. Mikołaj Wołkosławski, późniejszy proboszcz w Dołhobyczowie za Hrubieszowem.
5 grudnia 1925 r. przybył do Dratowa, po uzyskaniu zgody władz kościelnych i państwowych, ks. Grzegorz Bojeczko. Przedtem pełnił obowiązki kapłańskie w Brodach i w Chełmie. Przepracował w Dratowie 14 lat, wychował trzy dorodne córki i wielu wyznawców prawosławia oraz obywateli Rzeczypospolitej, których katechizował w szkołach w Dratowie, Nadrybiu i Puchaczowie oraz nauczał w parafialnej (urzędowo filialnej) cerkwi w Dratowie.
W listopadzie 1928 roku, po odsłonięciu pomnika ku czci Józefa Piłsudskiego i innych obrońców i wyzwolicieli RP, usytuowanego naprzeciwko plebanii w Dratowie, do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w Warszawie powędrowała następująca notatka od władz wojewódzkich: Duchowny Bojeczko Grzegorz - parafia w Dratowie. Nabożeństwo odprawił. Orędzie Metropolity Dionizego na Święto Niepodległości odczytał. Nadto uczestniczył w uroczystościach, prowadząc pochód ludności prawosławnej wspólnie z katolikami. W ruchu politycznym udziału nie bierze. W stosunku do państwa lojalny. Przez parafian lubiany.
Tragiczny dla Polski wrzesień 1939 roku pokrył się w czasie ze zmianą administratora parafii. O. Grzegorz wraz z żoną i córkami wyjechał do Lwowa. Obowiązki proboszcza przejął dotychczasowy wikariusz i psalmista o. Stefan Malesza.
Czy wiedział, że otrzymując wymarzone niegdyś probostwo odejdzie z tego stanowiska prosto do Ojca, który jest w Niebie?
Doświadczenia na nowej parafii o. Malesza nabierał jako psalmista u boku o. Grzegorza Bojeczki. Po wyjeździe batiuszki przeniósł się wraz z dziećmi do tzw. popówki - plebanii. Wcześniej zajmował tzw. diakówkę (dom diakona). Starościńskie dane z 1924 roku mówiły m.in.: Do cerkwi należą dwa domy mieszkalne, stodoła, obora, chlewy, pobudowane z drewna. Jak sama cerkiew, tak też i zabudowania wymagają remontu.
Dużą część remontów wykonano w okresie posługiwania o. Grzegorza. Od 1940 roku diakówkę przejęła "Ridna Chata", wykonując remont. O. Malesza zdołał uporządkować cmentarz przycerkiewny, aleję dojazdową i odnowić elewacje cerkwi św. Mikołaja.
Figurujący niegdyś jako "nacjonalista ukraiński" o. Bojeczko został pod koniec lat 30. "rozpoznany" przez władze państwowe jako zajmujący się sprawami religijnymi i w stosunku do polskości i państwa polskiego wykazujący lojalność. Podobne niezaangażowanie przejął po nim o. Malesza.
Trzymał z ludźmi. Nie dzielił na "naszych", czyli prawosławnych, i "nie-naszych", tj. łacinników. Angażujących się po stronie Niemców działaczy ukraińskich przestrzegał przed takimi jak sołtys Łuczeńczyk czy wójt Sadowy, którzy podpisali volkslistę. Przestrogi duchownego ludzie docenili dopiero wówczas, gdy on sam już nie żył, zaś Łuczeńczyk [zbieżność z nazwiskiem tutejszego poety jest zupełnie przypadkowa - przyp. GJP] uciekł wraz z hitlerowskimi wojskami w 1944 roku na zachód.
Społeczność Dratowa i najbliższych miejscowości z racji różnic narodowościowych doskonale nadawała się na poletko konfliktów nacjonalistycznych. Fakt, że tylko kilka osób tragiczno pawszich znajdujemy w latach 1941 - 1942 na cmentarzu w Dratowie, miejscowa ludność zawdzięcza zrównoważonej i dalekwzrocznej postawie o. Stefana.
A zacietrzewionych nie brakowało. Niedługo po śmierci o. Stefana niejaki B. deptał ikony z cerkwi dratowskiej i mówił: - Prawosławne ruskie wyginą do ostatniego i będzie spokój. Dzisiaj, widząc autora tych "bohaterskich" akcentów, niewielu chce pomyśleć, dlaczego nie ma on obydwu nóg...
W pierwszych dniach sierpnia 1942 roku w okolice Dratowa dotarli uciekinierzy z obozu pracy w Chełmie. Głównie Polacy i Rosjanie. Któryś z nich znał o. Maleszę z ich wspólnych rodzinnych stron, z Chełmszczyzny. Poza tym obszerna, położona prawie na skraju wioski plebania doskonale nadawała się na miejsce schronienia. Na czas żniw wolne miała także gosposia księdza, pani O., która przychodziła z południowego krańca wsi, aby pomóc 19-letniej wówczas Oli w prowadzeniu domu, opiekowała się Jurkiem, sprzątała wokół plebanii.
Obojętna w sprawach religijnych pani O. nie była obojętna wobec urody przystojnego pięćdziesięcioletniego wdowca, jakim był wówczas o. Stefan. Niewczesne amory umiejscowiła w jego osobie, choć zdawała sobie sprawę, że ponowne ożenienie się oznacza dla prawosławnego duchownego pożegnanie się z kapłaństwem. O. Malesza, mając na uwadze dobrą opinię i wychowanie dorastającej córki i syna, używał różnych wymówek, aby uniknąć dwuznacznych sytuacji. Kiedy wymawiał się, że nie zostaje w domu, gdy gosposia - tiotka przychodzi "do obowiązku", używał i takiego argumentu: - Idu samogonku poprobowaty i umykał do sąsiadów. Zacietrzewiona zalotnica nazwała go więc pijanicą. Tymczasem nikt nigdy o. Maleszy pijanego nie widział. Podobno sama pani O. przyznała kiedyś w rozmowie, że od śmierci małżonki batiuszka Stefan nigdy nie pił wódki ani wina.
Niestety, zły duch podszepnął kobiecie, że może osiągnąć względy mężczyzny poprzez szantaż. Okazją było ukrywanie wspomnianych uciekinierów.
W piątkowy ranek, przy przedświątecznym sprzątaniu, doszło do ostrej wymiany słow. To po niej 19-letnia Ola zwierzyła się koleżance Eugenii Raban: - Niespokojna taka jestem. Miejsca sobie znaleźć nie mogę. Wzwołnowanna taka...
Tragedia rozegrała się w sobotni poranek. O. Stefan Malesza zdążył jeszcze przypalować krowę na dróżce. Wtedy plebanię otoczyły samochody Gestapo i SS. Donos miał przecież wyraźny podtekst polityczny. Niemcy byli już wtedy mocno sfrustrowani nie tylko ogólną sytuacją na froncie wschodnim, ale także akcjami partyzanckimi na ich tutejsze posterunki, m.in. na łęczyński Arbeitsamt (Urząd Pracy) czy mleczarnię w Ludwinie. Nie było nawet przesłuchania "obwinionego". Niemcy wiedzieli nawet i o tym, że herr Maleza był kiedyś oficerem polskim.
Na odgłos wystrzału, który uśmiercił ojca, wybiegła z domu Ola. Położyła ją seria z gestapowskiego automatu. Gdy na polecenie SS-manów i wójta Sadowego zwołano ludzi ze wsi, aby patrzyli, jak ukarano wrogów III Rzeszy, o. Stefan leżał martwy pod świerkiem, zaś Ola w kałuży krwi na progu domu. Jurka w tym czasie w Dratowie nie było.
Tego samego dnia, po południu, na rozstaju dróg zostało pochowanych (zakopanych) kilkunastu Żydów z kolonii Dratów, których ten sam pluton egzekucyjny rozstrzelał. Miało to miejsce u zbiegu dróg: od cerkwi, od plebanii i od cmentarza w Dratowie.
O. Maleszę i jego córkę owinięto w białe prześcieradła i rzuciwszy kilka kwiatów do mogiły, zakopano na miejscowym cmentarzu. Na rozkaz Niemców wójt zakazł kupowania trumny i urządzania pogrzebu. Dopiero w latach 70. syn batiuszki, Jerzy, postawił własnoręcznie pomnik ojcu i siostrze.
Narzeczonym Oli Maleszy był Serafim Saczewa. Przed wojną ukończył lubelską "budowlankę". Plany studiów na warszawskiej politechnice pokrzyżowała wojna. Został przeszkolony w 1942 r. przez Niemców do prowadzenia biura i pracy urzędowej. Ola i Serafim planowali ślub we wrześniu 1942 roku. Serafim (Simaj, jak go tutaj nazywała młodzież) miał wówczas 22 lata. Gdy dowiedział się o tragedii dziewczyny i niedoszłego teścia, zaprzysiągł Niemcom zemstę. Wstąpił do Gwardii Ludowej. Zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach w 1945 roku. Po wojnie szkoła podstawowa w Dratowie nosiła jego imię. Z czasem wytknięto mu niezbyt "kryształowy" życiorys i współpracę z hitlerowskimi Niemcami i szkoła pozostała bez imienia.
fot. archiwum autora






Opinie
Twoja opinia