
o. Andrej Tkaczew
tłum. Ałla Matreńczyk
Przyszedłeś!
Uczciwie Ci powiem, bardzo źle jest bez Ciebie. Jest chleb na stole, jest przyjaciel, który przyszedł w gości, jest świeżo warzone piwo. Trzeszczy w kominku suche polano, młodsza córka bawi się na podłodze, a synowie malują akwarelami żaglówki. Za oknem pada śnieg i choinki zielone – czego jeszcze może brakować człowiekowi do szczęścia? Ale uczciwie Ci powiem: bez Ciebie jest tak smutno!
Widziałeś oczy domowego psa? Sytego, czystego, lubianego przez wszystkich psa?
Oczywiście widziałeś. Ty wszystko widziałeś. Jakież to smutne oczy! Bardzo mądre i bardzo smutne. Takie same oczy ma syty i mądry człowiek, którego wszyscy lubią, ale który nie czuje, że Ty jesteś obok.
Zawsze wiedziałem, że Ty jesteś. To nawet nie wiara. To przekonanie, to w pewnym stopniu wiedza. Bo czyż Ciebie może nie być? Ale nie wystarcza mi wiedza, że jesteś. Chcę czuć się jak u Ciebie za pazuchą, jak w ciepłym baranim kożuchu, chcę słyszeć twój głos, wdychać twój zapach.
Widziałeś oczy domowego psa? Sytego, czystego, lubianego przez wszystkich psa?
Oczywiście widziałeś. Ty wszystko widziałeś. Jakież to smutne oczy! Bardzo mądre i bardzo smutne. Takie same oczy ma syty i mądry człowiek, którego wszyscy lubią, ale który nie czuje, że Ty jesteś obok.
Zawsze wiedziałem, że Ty jesteś. To nawet nie wiara. To przekonanie, to w pewnym stopniu wiedza. Bo czyż Ciebie może nie być? Ale nie wystarcza mi wiedza, że jesteś. Chcę czuć się jak u Ciebie za pazuchą, jak w ciepłym baranim kożuchu, chcę słyszeć twój głos, wdychać twój zapach.

Wiele razy wychodziłem za granice miasta (Ty pamiętasz) i krzyczałem, i wołałem, i modliłem się. I prosiłem, żebyś przyszedł, zbliżył się, stał się odczuwalny i bliski. Ty milczałeś. Przecież potrafisz milczeć, jak nikt inny.
I wracałem do domu, ogłuszony własnym krzykiem, zmęczony i pełen wołań i lamentu. I oto, kiedy nic nie zapowiadało spełnienia mych próśb, dziwne wieści, jedna za drugą, zaczęły tarmosić i trwożyć moją uśpioną i zmęczoną duszę.
Pewnego zwykłego zimowego dnia obok naszych okien przejechało trzech jeźdźców o niezwykłym wyglądzie. Mieli wysokie czapki o dziwnym fasonie. W zmarzniętych palcach każdy z nich trzymał niedużą skrzyneczkę. Oszronione pyski ich koni mówiły, że zwierzęta przyzwyczaiły się do cieplejszego klimatu. Otworzyłem okno i jeden z jeźdźców odwrócił do mnie swoją ukrytą w gęstej brodzie twarz i cicho, ale wyraźnie, powiedział w języku farsi: U omad – „On przyszedł”.
Przejechali obok, a śnieżny wiatr długo smagał mnie po twarzy, dopóki patrzyłem za nimi. Kto przyszedł? O kim opowiadali ci dziwni ludzie? Skąd wiedzą, że trochę, troszeczkę rozumiem po farsi?
Każdy dzień przynosi swoje troski. Ale nie zapomniałem o trzech jeźdźcach, których ślady na śniegu szybko zatarła zamieć. Po prostu odsunąłem myśl o nich na peryferie pamięci i zająłem się pracami w domu. Tak minęło kilka dni. Ale znowu zdziwienie wdarło się do mego domu, teraz już wyrażone w rodzimym, nie obcym, narzeczu.
Pastuszkowie, starzy, dobrzy pastuszkowie, weseli prześmiewcy, zawsze gotowi pośmiać się z siebie, kiedy z nich się śmiejemy, przynieśli do mego domu nową falę zdziwienia. Często śmiejemy się z ich biedy i śmiesznego odzienia, z ich stad, które lepiej znają niż swoje żony. A oni odpłacają nam tą samą monetą, nazywając nas domatorami, pluskwami ukrytymi za piecem. Mówią, że na żadne delikatesy świata nie zamienią swego kawałka sera i łyku wina. A niektórzy z nich nawet ośmielają się przepowiadać, że to jedzenie pastuchów – suchary z serem i winem – z czasem będzie ozdobą stołu bogatych.
Ale tym razem byli przestraszeni. Ich osmagane wiatrem twarze wyrażały dziecięcy przestrach i szczere zdziwienie.
– Pamiętamy, że jeden z pastuchów został królem Izraela. Wiemy, że lubił go Bóg i strzegli Aniołowie. Ale słowo honoru uczciwego pastucha, nigdy nie sądziliśmy, że Aniołowie zjawią się nam samym!
– Mówcie jaśniej, co się stało? – zapytałem, nalewając im po filiżance grogu.
Opowiedzieli, że paśli stado, jak zwykle, że Aniołowie nagle zaśpiewali nad nami, a oni niemal nie umarli ze strachu, że główna myśl anielskich słów dotyczyła narodzenia Kogoś, kto przyniesie na ziemię pokój, a w ludzkie dusze dążenie do dobra.
Wypiliśmy z nimi jeszcze po szklaneczce mocnego i gorącego napoju i poprosiłem, by opowiedzieli szczegółowo o tym, co widzieli i słyszeli. Ale pastuszkowie! Och, ci pastuszkowie! Czy kiedykolwiek rozmawialiście z pastuszkami? Czy piliście z nimi grog? Rozczuleni od wina szybko zapomnieli o temacie naszej rozmowy i zaczęli zasypiać na siedząco. Ci, którzy pracują na dworze, szybko zasypiają w cieple.
Zasnęli, a ja wyszedłem z domu. Wiedziałem, gdzie pasą swoje stada i gdzie mogło zdarzyć się to, o czym mówili ludzie o osmaganych wiatrem twarzach. Śnieg, suchy i twardy śnieg, skrzypiał pod nogami, dopóty szedłem do miejsca wypasu owiec. I nagle światło, niezwykłe, delikatne i ciepłe światło ogrzało mój policzek. Nie oślepiło oczu, a właśnie ogrzało policzek. Bóg mi świadkiem, do którego tak dużo się wcześniej modliłem, że nie pójść do tego światła było ponad ludzkie siły. Poszedłem, a śnieg pode mną był udeptany, jasne więc, że po drodze tej nie szedłem jako pierwszy.
I wracałem do domu, ogłuszony własnym krzykiem, zmęczony i pełen wołań i lamentu. I oto, kiedy nic nie zapowiadało spełnienia mych próśb, dziwne wieści, jedna za drugą, zaczęły tarmosić i trwożyć moją uśpioną i zmęczoną duszę.
Pewnego zwykłego zimowego dnia obok naszych okien przejechało trzech jeźdźców o niezwykłym wyglądzie. Mieli wysokie czapki o dziwnym fasonie. W zmarzniętych palcach każdy z nich trzymał niedużą skrzyneczkę. Oszronione pyski ich koni mówiły, że zwierzęta przyzwyczaiły się do cieplejszego klimatu. Otworzyłem okno i jeden z jeźdźców odwrócił do mnie swoją ukrytą w gęstej brodzie twarz i cicho, ale wyraźnie, powiedział w języku farsi: U omad – „On przyszedł”.
Przejechali obok, a śnieżny wiatr długo smagał mnie po twarzy, dopóki patrzyłem za nimi. Kto przyszedł? O kim opowiadali ci dziwni ludzie? Skąd wiedzą, że trochę, troszeczkę rozumiem po farsi?
Każdy dzień przynosi swoje troski. Ale nie zapomniałem o trzech jeźdźcach, których ślady na śniegu szybko zatarła zamieć. Po prostu odsunąłem myśl o nich na peryferie pamięci i zająłem się pracami w domu. Tak minęło kilka dni. Ale znowu zdziwienie wdarło się do mego domu, teraz już wyrażone w rodzimym, nie obcym, narzeczu.
Pastuszkowie, starzy, dobrzy pastuszkowie, weseli prześmiewcy, zawsze gotowi pośmiać się z siebie, kiedy z nich się śmiejemy, przynieśli do mego domu nową falę zdziwienia. Często śmiejemy się z ich biedy i śmiesznego odzienia, z ich stad, które lepiej znają niż swoje żony. A oni odpłacają nam tą samą monetą, nazywając nas domatorami, pluskwami ukrytymi za piecem. Mówią, że na żadne delikatesy świata nie zamienią swego kawałka sera i łyku wina. A niektórzy z nich nawet ośmielają się przepowiadać, że to jedzenie pastuchów – suchary z serem i winem – z czasem będzie ozdobą stołu bogatych.
Ale tym razem byli przestraszeni. Ich osmagane wiatrem twarze wyrażały dziecięcy przestrach i szczere zdziwienie.
– Pamiętamy, że jeden z pastuchów został królem Izraela. Wiemy, że lubił go Bóg i strzegli Aniołowie. Ale słowo honoru uczciwego pastucha, nigdy nie sądziliśmy, że Aniołowie zjawią się nam samym!
– Mówcie jaśniej, co się stało? – zapytałem, nalewając im po filiżance grogu.
Opowiedzieli, że paśli stado, jak zwykle, że Aniołowie nagle zaśpiewali nad nami, a oni niemal nie umarli ze strachu, że główna myśl anielskich słów dotyczyła narodzenia Kogoś, kto przyniesie na ziemię pokój, a w ludzkie dusze dążenie do dobra.
Wypiliśmy z nimi jeszcze po szklaneczce mocnego i gorącego napoju i poprosiłem, by opowiedzieli szczegółowo o tym, co widzieli i słyszeli. Ale pastuszkowie! Och, ci pastuszkowie! Czy kiedykolwiek rozmawialiście z pastuszkami? Czy piliście z nimi grog? Rozczuleni od wina szybko zapomnieli o temacie naszej rozmowy i zaczęli zasypiać na siedząco. Ci, którzy pracują na dworze, szybko zasypiają w cieple.
Zasnęli, a ja wyszedłem z domu. Wiedziałem, gdzie pasą swoje stada i gdzie mogło zdarzyć się to, o czym mówili ludzie o osmaganych wiatrem twarzach. Śnieg, suchy i twardy śnieg, skrzypiał pod nogami, dopóty szedłem do miejsca wypasu owiec. I nagle światło, niezwykłe, delikatne i ciepłe światło ogrzało mój policzek. Nie oślepiło oczu, a właśnie ogrzało policzek. Bóg mi świadkiem, do którego tak dużo się wcześniej modliłem, że nie pójść do tego światła było ponad ludzkie siły. Poszedłem, a śnieg pode mną był udeptany, jasne więc, że po drodze tej nie szedłem jako pierwszy.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
o. Andrej Tkaczew
tłum. Ałla Matreńczyk






Twoja opinia