Placide (Desaille) przeżył zadziwiające życie. Jako chłopak wstąpił do katolickiego klasztoru, jako dojrzały człowiek poznał prawosławie i przyjął je poprzez sakrament chrztu w tym wieku, kiedy człowiek rzadko decyduje się na gwałtowną zmianę w swoim życiu. O tym wszystkim o. Placide niejednokrotnie opowiadał na swoich wykładach, a także szczegółowo opisał w autobiografii „Etapy duchowej wędrówki”. Broszura ta przez długi czas nie była rozpowszechniana, można ją było nabyć jedynie w założonym przez niego monasterze św. Antoniego w Saint Laurent-en-Rayan, położonym w przedalpejskim górzystym masywie między Valence i Grenoble. Starzec nie chciał, by to co napisał o katolicyzmie nie raniło serca jego byłych współbraci w wierze.
Moja znajomość z archimandrytą Placide zaczęła się w 2003 roku, kiedy razem z grupą rosyjskiej młodzieży przebywałem w dwóch atoskich podworjach, założonych przez niego we Francji. Odwiedziliśmy żeński monaster Pokrowy w Solan, a potem główną metochię atoskiego monasteru Simono Petra, męski monaster św. Antoniego. W obydwu wspólnotach przywitał nas sam ojciec założyciel. Przepełniony radością po dwukrotnym spotkaniu prosiłem starca o modlitwę, żebym mógł jeszcze raz przyjechać do monasteru św. Antoniego. Rok później, po ukończeniu drugiego roku Sretienskiego Seminarium, przyjechałem na wakacje do monasteru św. Antoniego, zamieszkałem w monasterskim hoteliku.
Miałem szczęście, że mogłem zanurzyć się w życiu wspólnoty. Wykonywałem różne posłuszanija w monasterskim gospodarstwie, śpiewałem na klirosie podczas codziennych nabożeństw po francusku, uczyłem się bizantyńskiego śpiewu. Wtedy, w monasterze, poznałem biskupów, duchownych i osoby świeckie różnych narodowości, które przyjeżdżały do o. Placide, żeby choć na krótko włączyć się w życie monasteru.
Chciałbym podkreślić bardzo ważną cechę tej wspólnoty. Została ona ukształtowana przez francuskich mnichów, całym sercem dążących do prawdy Poznania Boga. I to dążenie odczuwał człowiek, niezależnie od narodowości, odwiedzający monaster w podobnym celu. W ciągu kilku tygodni pobytu we francuskojęzycznej wspólnocie poznałem nie tylko Francuzów czy osoby pochodzące z krajów tradycyjnie prawosławnych, ale także Niemców, Portugalczyków, Węgrów, Kanadyjczyków. Przyjeżdżali do tego odległego monasteru ze szczerym duchowym pragnieniem, które mógł zaspokoić o. Placide i atmosfera tego „niedużego kawałka Atosu”, który w cudowny sposób znalazł się na francuskiej ziemi.
Pamiętam, jak pewnego razu w rozmowie ze mną Andre Nikołajewicz Łossky nazwał o. Placide żywym świętym. Wielu tak go traktowało i przyjeżdżało do monasteru całymi rodzinami. W niedzielę po Liturgii i wspólnej trapiezie wspólnotę wypełniały dziecięce okrzyki. Rodzice podprowadzali dzieci do starca po błogosławieństwo.
Po powrocie do Rosji zrozumiałem, że znajomość z o. Placide dopiero się rozpoczynała. Nadal czytałem jego książki, słuchałem kazań, które głęboko mnie poruszały już podczas nabożeństwa w monasterze św. Antoniego. Po raz pierwszy w życiu prawdziwie poczułem, że kazanie czy służba w obcym języku mogą być tak samo bliskie sercu chrześcijanina innej narodowości, dlatego że sprawowane są w tym samym duchu i w prawdzie (J, 4,24), co w rodzimej lokalnej prawosławnej cerkwi. W Sretienskim Seminarium pod bacznym okiem wykładowcy języka francuskiego razem z innymi studentami ćwiczyliśmy się w tłumaczeniu tekstów o. Placide.
Później odwiedzałem go podczas służbowych podróży do Francji. Cenne były nie tylko osobiste rozmowy, ale i te spotkania, które o. Placide organizował dla mnichów i grup przyjezdnych – tzw. synaksy, podczas których starzec wyjaśniał zagadnienia z prawosławnej nauki o wierze bądź duchowego życia.
Kawałek Atosu na francuskiej ziemi
Placide (Desaille) przeżył zadziwiające życie. Jako chłopak wstąpił do katolickiego klasztoru, jako dojrzały człowiek poznał prawosławie i przyjął je poprzez sakrament chrztu w tym wieku, kiedy człowiek rzadko decyduje się na gwałtowną zmianę w swoim życiu. O tym wszystkim o. Placide niejednokrotnie opowiadał na swoich wykładach, a także szczegółowo opisał w autobiografii „Etapy duchowej wędrówki”. Broszura ta przez długi czas nie była rozpowszechniana, można ją było nabyć jedynie w założonym przez niego monasterze św. Antoniego w Saint Laurent-en-Rayan, położonym w przedalpejskim górzystym masywie między Valence i Grenoble. Starzec nie chciał, by to co napisał o katolicyzmie nie raniło serca jego byłych współbraci w wierze.
Moja znajomość z archimandrytą Placide zaczęła się w 2003 roku, kiedy razem z grupą rosyjskiej młodzieży przebywałem w dwóch atoskich podworjach, założonych przez niego we Francji. Odwiedziliśmy żeński monaster Pokrowy w Solan, a potem główną metochię atoskiego monasteru Simono Petra, męski monaster św. Antoniego. W obydwu wspólnotach przywitał nas sam ojciec założyciel. Przepełniony radością po dwukrotnym spotkaniu prosiłem starca o modlitwę, żebym mógł jeszcze raz przyjechać do monasteru św. Antoniego. Rok później, po ukończeniu drugiego roku Sretienskiego Seminarium, przyjechałem na wakacje do monasteru św. Antoniego, zamieszkałem w monasterskim hoteliku. Miałem szczęście, że mogłem zanurzyć się w życiu wspólnoty. Wykonywałem różne posłuszanija w monasterskim gospodarstwie, śpiewałem na klirosie podczas codziennych nabożeństw po francusku, uczyłem się bizantyńskiego śpiewu. Wtedy, w monasterze, poznałem biskupów, duchownych i osoby świeckie różnych narodowości, które przyjeżdżały do o. Placide, żeby choć na krótko włączyć się w życie monasteru.
Chciałbym podkreślić bardzo ważną cechę tej wspólnoty. Została ona ukształtowana przez francuskich mnichów, całym sercem dążących do prawdy Poznania Boga. I to dążenie odczuwał człowiek, niezależnie od narodowości, odwiedzający monaster w podobnym celu. W ciągu kilku tygodni pobytu we francuskojęzycznej wspólnocie poznałem nie tylko Francuzów czy osoby pochodzące z krajów tradycyjnie prawosławnych, ale także Niemców, Portugalczyków, Węgrów, Kanadyjczyków. Przyjeżdżali do tego odległego monasteru ze szczerym duchowym pragnieniem, które mógł zaspokoić o. Placide i atmosfera tego „niedużego kawałka Atosu”, który w cudowny sposób znalazł się na francuskiej ziemi.
Pamiętam, jak pewnego razu w rozmowie ze mną Andre Nikołajewicz Łossky nazwał o. Placide żywym świętym. Wielu tak go traktowało i przyjeżdżało do monasteru całymi rodzinami. W niedzielę po Liturgii i wspólnej trapiezie wspólnotę wypełniały dziecięce okrzyki. Rodzice podprowadzali dzieci do starca po błogosławieństwo. Po powrocie do Rosji zrozumiałem, że znajomość z o. Placide dopiero się rozpoczynała. Nadal czytałem jego książki, słuchałem kazań, które głęboko mnie poruszały już podczas nabożeństwa w monasterze św. Antoniego. Po raz pierwszy w życiu prawdziwie poczułem, że kazanie czy służba w obcym języku mogą być tak samo bliskie sercu chrześcijanina innej narodowości, dlatego że sprawowane są w tym samym duchu i w prawdzie (J, 4,24), co w rodzimej lokalnej prawosławnej cerkwi. W Sretienskim Seminarium pod bacznym okiem wykładowcy języka francuskiego razem z innymi studentami ćwiczyliśmy się w tłumaczeniu tekstów o. Placide.
Później odwiedzałem go podczas służbowych podróży do Francji. Cenne były nie tylko osobiste rozmowy, ale i te spotkania, które o. Placide organizował dla mnichów i grup przyjezdnych – tzw. synaksy, podczas których starzec wyjaśniał zagadnienia z prawosławnej nauki o wierze bądź duchowego życia.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
o. Maksym Massalityn
tłum. Ałła Matreńczyk
fot. pravoslavie.ru
tłum. Ałła Matreńczyk
fot. pravoslavie.ru





Twoja opinia