Artykuły - Przegląd Prawosławny

Numer 4(406)    Kwiecień 2019Numer 4(406)    Kwiecień 2019
fot.

Stąd do Chrystusa bliżej
tłum. Ałła Matreńczyk
Kilka kilometrów od Prisztiny leży miasteczko Kosowo Pole. Nazwa mówi, że położone jest obok historycznego i duchowego centrum kraju – pola, na którym Święty Kniaź Łazarz razem z towarzyszami broni dokonał trudnego, ale jasnego i zbawczego wyboru: lepiej zginąć za Chrystusa i żyć z Nim w wieczności, niźli uratować życie teraz, a potem ze wstydem żyć w niewoli. Po klęsce poniesionej w ziemskiej bitwie, a spowodowanej zdradą części wojska, kosowscy męczennicy odnieśli zwycięstwo w bitwie duchowej. Czy pamiętają o tym ich potomkowie? Jak teraz żyją w Kosowie? I czy to można nazwać życiem? Okazuje się, jak dowodzi na własnym przykładzie o. Nikołaj Dragiczewicz, że nie tylko można – prawdziwe życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy postawi się Chrystusa na jego czele.
– Jak duża jest Ojca parafia? Skąd pochodzą parafianie?
– Jest nas teraz pięćdziesięcioro, mówię o stałych parafianach, często przychodzących na nabożeństwa do cerkwi. Mieszkają w Kosowym Polu oraz serbskich wsiach – Kuźminie, Uglarze i Batusie.
– Jak często odprawiane są nabożeństwa?
– W niedziele i wielkie święta. Codzienne odprawianie nabożeństw jest (mam nadzieję, że tymczasowo) utrudnione.
– Wiemy, nie ze słyszenia, że Serbowie nie czują się w swej duchowej ojczyźnie, Kosowie i Metochii, bezpieczni. Liczba serbskich rodzin, według statystyk z ostatnich, względnie spokojnych, lat zdecydowanie spada. Jak to wygląda w tej, środkowej, części Kosowa? Czy prawosławni mogą spokojnie przyjść na służbę do cerkwi?
– Trudne pytanie. Przede wszystkim Serbowie przychodzą do cerkwi z wiarą w Boga, co jest, zapewne, głównym warunkiem bezpiecznej podróży. Poważnych trudności dla człowieka, który pragnie przyjechać do naszej cerkwi, teraz nie ma – komunikacja pracuje nieźle. Inna sprawa, że jedzie się czy idzie do cerkwi ze wsi ogrodzonej drutem kolczastym. To uczucie wyjścia z enklawy, pokonania „kolców”, chociaż silne, nie należy do radosnych, zapewniam. Czujemy się więźniami, mieszkając w takich warunkach. Zresztą przyzwyczailiśmy się. Wiara w naszej sytuacji jest najważniejsza.
– Przychodzą tylko Serbowie czy także Albańczycy? Słyszeliśmy o takich sytuacjach: do obitieli, po kryjomu, przychodzą także Albańczycy, stają się chrześcijanami.
– To w monasterach w Metochii. Tak, zdarzają się takie sytuacje, które pozwalają żywić nadzieję na zachowanie prawosławnego serca Kosowa i Metochii. Tutaj natomiast, w zwykłej cerkwi obok Prisztiny, gdzie wszystko widać jak na dłoni, takich przypadków na razie nie było. Ale to nie znaczy, że nie modlimy się za naszych sąsiadów, o oświecenie ich światłem Chrystusowej wiary.
– Co jest głównym problemem dla prawosławnych w Kosowie i Metochii dzisiaj?
– Życie za kolczastym drutem, wrażenie jakby się było w więzieniu. No i reszta, która z tym wszystkim jest związana: niemożność swobodnego przemieszczania się po Kosowie i okolicy, swobodnego posługiwania się językiem ojczystym we własnym kraju, napaści na Serbów w oddalonych i starych wsiach, prowokacje. Z drugiej strony tutaj lepiej odczuwa się obecność Boga niż w cieplarnianych warunkach. I to jest tego warte. A że o Bogu często zapominamy – dlatego przypomina nam o sobie, choćby i za pomocą tak mało przyjemnych dla zapominalskiego prawosławnego środków.
– Dlaczego zdecydował się Ojciec żyć i służyć z rodziną w Kosowie i Metochii, jeśli można znacznie spokojniej mieszkać w „dużej Serbii”? Tamtejsze realia w większym stopniu pozwalają na komfort życia.
– A my nie po komfort tu przyjechaliśmy. Potrzebujemy Chrystusa. Mój ojciec, także duchowny, służył w Wielkiej Hoczy – to nasza enklawa na południu Metochii – przez pięćdziesiąt lat. Poszedłem w jego ślady – ukończyłem seminarium teologiczne w Prizren. Prawdopodobnie, tak bardzo nasiąknąłem tym „prizrenskim duchem”, że bez Kosowa i Metochii nie mogę wyobrazić sobie życia. Tak więc wciąż służę w Kosowie, dokąd trzynaście lat temu przywiozłem matuszkę i dzieci. Mimo trudności nie słyszałem ani jednego słowa narzekania – oto jaką dobrą mam matuszkę! Ma na imię Zorica, proszę o modlitwę za nią i za dzieci – Filipa i Annę.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

za www.pravoslavie.ru
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


Imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token